RSS
środa, 25 stycznia 2012
......

 

 

20:08, duszyszept
Link Dodaj komentarz »
......

jest różnie... w ostatni weekend było koszmarnie... żeby ratować to co jest musiałam zrobić coś czego nie lubię, zachować się tak jak nie lubię... czy da to jakikolwiek efekt nie wiem ale nie pozwolę żeby komputer rządził naszym światem i żeby wszystko było podporządkowane tylko temu jednemu... zobaczy się... zmęczona jestem i zniechęcona :]

z innych rzeczy nie związanych z moim M - od dwóch dni bawię się w restart akwarium bo ciutkę je zaniedbałam ostatnimi czasy jak był remont łazienek w domu... mam nadzieję, że tym razem na dobre pozbyłam się wszelkiego rodzaju glonów, wypławków i ślimaków :) rybki zestresowane na sto dwa ale dają radę! poza tym w kółko to samo czyli praca-dom-praca-dom-praca-dom... kręćka czasami można dostać... dobrze przynajmniej że trochę śniegu od czasu do czasu pada bo poprawia mi to humor :)

11:54, duszyszept
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2012
......

czasem słońce, czasem deszcz a czasem po prostu burza z gradem, piorunami i huraganowym wiatrem... zgadnijcie, które "czasem" jest obecnie :]

06:47, duszyszept
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
......

słowa mają magiczną moc... czasami potrafią ranić i to tak mocno, że można się nie pozbierać już nigdy... ale potrafią też pieścić czulej niż dotyk :) niosą pociechę, nadzieję, radość... dają szczęście, podnoszą na duchu, pomagają rozwiązać problemy... pozwalają poczuć się kimś ważnym i niezastąpionym :) takie dobre, przynoszące uśmiech słowa usłyszałam jakiś czas temu od mojego M i proszę, bardzo proszę... niech za nimi pójdą czyny... niech ten rok okaże się przełomowym i niech odnajdą się i spełnią te moje marzenia, które gdzieś się zgubiły w natłoku codzienności... :)

19:44, duszyszept
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 stycznia 2012
......

z moich ostatnich obserwacji wynika, że w wolnych chwilach albo sprzątam albo chodzę do lekarza... no cóż... każdy spędza czas tak jak lubi najbardziej ;) dziś wybrałam tą drugą opcję i poszłam do dermatologa - innej pani doktor niż ostatnio, bo ta ostatnio jakoś nie przypadła mi do gustu i za cholerę mi nie pomogła... no więc z nastawieniem raczej średnim usiadłam w poczekalni (bardzo miło było, bo przyszła jakaś dziewczyna po wyniki badania krwi i jak się dowiedziała że jest w ciąży to z radości pod sufit skakała :)) i czekałam na swoją kolej... po pierwsze zostałam przyjęta punktualnie tak jak byłam umówiona! po drugie Pani Doktor wstała jak tylko weszłam do gabinetu, podeszła do mnie, przedstawiła się, podała rękę, poczekała aż usiądę, dopiero sama usiadła i zapytała o co chodzi... szok! w tym momencie zapomniałam po co tam jestem ;p dalej było jeszcze lepiej bo wysłuchała, wypytała o wszystko (łącznie z tym jakich kosmetyków używam i czy zażywam jakieś leki i czy ostatnio nie zmieniałam kremów albo szamponu i czy nie mam na coś alergii itp.), potem obejrzała, wyjaśniła co podejrzewa i jak się to leczy... stres mi się zaczął jak wypisała recepty bo chyba z 5 rodzajów tabletek i dwie maści i aż się boję ile jutro w aptece zostawię... no ale jak ma pomóc :) ponoć mam łojotokowe zapalenie skóry, które dość ciężko się leczy (no bo czemu miałabym mieć coś co się leczy w tydzień...) ale po dwóch miesiącach powinien być już widoczny rezultat :) za 6 tygodni mam wrócić na kontrolę i zobaczymy co dalej... no ja wiem że tak zawsze powinna wyglądać wizyta u lekarza ale dla mnie to ewenement! muszę jutro pamiętać, żeby zadzwonić na infolinię, żeby mnie umówili do niej na początek marca :)

a tak z innej beczki... jestem czerwonowłosa :)

19:49, duszyszept
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
......

a świat się kręci i będzie kręcił :) raz mniej radośnie a raz bardziej ale nie ma opcji, żeby się zatrzymał - no może czasem zwalnia ;D takie to właśnie mnie dziś refleksje naszły jak szukałam chusteczek do nosa żeby powstrzymać lecący katar... nabawiłam się go w sobotę prawdopodobnie dzięki pobytowi z M na siłowni bo zgrzana ćwiczeniami wylazłam prosto na deszcz... mówi się trudno najważniejsze że ubaw miałam po pachy i nie spadłam z bieżni :) do pracy rzecz jasna chodzę bo niby czemu miałabym nie chodzić skoro do tej pory katar nigdy mnie nie powstrzymywał :) a poza tym dziś zamykaliśmy rok więc było co robić i nie chciałam się od tego migać... kręgosłup ma się tak sobie - raz się uspokaja a raz tak daje się we znaki, że aż strach ale taki jego urok niestety :] na rezonans się umówiłam na 9 lutego (nadal nie wierzę ze tak szybko!), rehabilitację zaczynam w połowie marca... jakoś kulać się to będzie :) poza tym, a w zasadzie to chyba najważniejsze ;) udało mi się dogadać w końcu z M! po tym jak wpadł na genialny pomysł i wysłał swoje cv do jakiejś pracy w Krakowie postanowiłam interweniować, bo jak szukać pracy to albo ja w okolicach jego albo on w moich okolicach... łatwo nie było ale mamy pakt ustanowiony (jeszcze w zeszłym roku) z przeznaczeniem do realizacji na ten rok... okazuje się, że czasami warto być wredną rudą babą :D

17:38, duszyszept
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2012
......

podobno każdy dostaje tyle ile jest w stanie znieść i sobie z tym poradzić... czasami ciężko mi w to uwierzyć... czasami wydaje mi się, że kolejnej rzeczy już nie zniosę... ale później jakoś idzie... dziś jestem strasznie rozgoryczona i rozżalona na cały świat :] wszystko dobrze, wszystko zaczyna się układać i chwilę później wszystko się pieprzy... dziś poszłam do ortopedy i już się okazało skąd u mnie ciągłe bóle głowy, skąd ból ucha i ogólnie kiepskie samopoczucie... ostatni odcinek kręgosłupa, który jeszcze u mnie w miarę dobrze funkcjonował okazał się nie taki jak powinien tzn. tam gdzie normalni ludzie mają krzywiznę u mnie jest prosty jak struna... tym razem chodzi o odcinek szyjny bo piersiowy i lędźwiowy mam już w złym stanie od czasu pierwszej operacji... załamałam się - dostałam skierowanie na rezonans i na rehabilitację ale to znów ma na celu tylko określenie dokładnie co mi dolega i zaleczanie bólu... chyba mam dość :]

18:10, duszyszept
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 listopada 2011
......

żyć żyję i miewam się nawet całkiem znośnie za to wena do pisania opuściła mnie całkowicie ostatnimi czasy... chyba zwalę to na listopadową pogodę, bo co ta za listopad bez mgieł, mżawek, deszczu i przymrozków... no normalnie nic się nie chce jak o tej porze roku za oknem świeci słońce ;p weekend spędziliśmy u mnie i nawet był on dość intensywny - odwiedziny u dziadków, spacer po Inowrocławskich Solankach, kino, lody u Lenkiewicza i dwukrotna wizyta na festiwalu gęsiny u mnie w Przysieku :) z tego wszystkiego zrezygnowałam z diety bo będąc na diecie (jedząc prawie nic) przytyłam pół kilograma... a przecież nie mogłam nie zjeść lodów i nie posmakować nic z gęsiny i z kozy i ze strusia bo różne przysmaki na tym festiwalu były :) no nic dodać nic ująć weekend był przeuroczy nie licząc czasu kiedy dopadało mnie zwątpienie czy związek polegający na zapełnianiu sobie czasu w weekend ma sens i dokąd to wszystko prowadzi... bo ja już taki charakter mam, że nawet jak się dobrze bawię to muszę wbić sobie szpilę i się poumartwiać :]

poza tym mam! paczka przyszła w czwartek i w czwartek od razu zabrałam się za sprzątanie akwarium, rozsadzanie na nowo roślinek i ogólnie za zmianę aranżacji :) trochę się naklęłam w momencie montowania pokrywy bo nie dali instrukcji obsługi a ja uzbrojona w śrubokręt, kilka śrubek i dziwnych blaszek nie bardzo wiedziałam co, gdzie i jak... ale podołałam wyzwaniu! wydawało mi się, że akwarium sprzątnięte na błysk! szybko mi minęło jak założyłam nową pokrywę i włączyłam nowe oświetlenie (poprzednio było to 60W a teraz jest 108)... na temat rezultatów pomilczę... i jutro posprzątam dalej... najważniejsze że i rybki i roślinki czują się nieźle :)

no i jeszcze na koniec kilka słów o Gabrysiu... to wredne zwierzę doprowadza mnie momentami do szewskiej pasji... staram się mu dogodzić ze wszystkich sił, sadzę różne roślinki, wydaję majątek na rukolę i roszponkę, sprzątam i kąpię... ostatnimi czasy wywaliłam mu z terrarium siano i wsadziłam na to miejsce ładny, suszony zielony mech, żeby nieco ożywić ten pustynny kolor... i co? biedne stworzenie przez tydzień patrzyło na mnie z wyrzutem a ja głupia nie wiedziałam o co chodzi... wczoraj dla odmiany siana mu trochę dorzuciłam i prawie truchtem do niego pobiegł, żeby je popodgryzać :] ręce mi opadły bo mój żółw tym samym wykazał się podobnym gustem smakowym co królik mojego brata... tyle dobrego, że comiesięczne ważenie pokazało, że przybrał 4 gramy i waży już zastraszające 43! :)

18:51, duszyszept
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 listopada 2011
......

człowiek tak się martwi sobą i swoimi małymi sprawami, że czasami nie widzi jak wielkie problemy mają inni ludzie... z drugiej strony patrząc - całego świata i tak nie uratuję a być może uda mi się dojść do ładu z sobą... nie wydaje mi się, żebym była straszną egoistką, która poza sobą świata nie widzi ale odbierana mogę być różnie bo zdarza mi się po trupach dążyć do celu nie patrząc na to co stoi mi na drodze :] nie wiem czy już o tym wspominałam ale pytałam kiedyś M jakie zwierzę mu najbardziej przypominam... nie potrafił zdecydować się na jedno - powiedział, że osła z powodu uporu, lwicę z powodu waleczności i sarenkę bo to bezbronne stworzenie... dało mi to do myślenia bo czasami poza ślepym uporem nie widzę u siebie niczego więcej... ale zbaczam z tematu bo nie o tym chciałam...

chciałam dziś Was prosić o modlitwę za dziecko mojego kolegi z pracy, czteroletnią dziewczynkę... niech Bóg da Jej w końcu zdrowie i nie pozwoli tyle cierpieć i Jej i Jej rodzinie...

18:50, duszyszept
Link Komentarze (1) »
środa, 02 listopada 2011
......

na trawniku przed pracą kwitną stokrotki... po drodze na rehabilitację widziałam bujną, różową koniczynę... czy aby na pewno teraz nadchodzi jesień? słoneczko grzeje równo, pysk sam z siebie uśmiecha się do mijanych po drodze ludzi... zupełnie jakby miała nadejść wiosna, taka z majowymi deszczami i tęczą rysowaną na niebie... szkoda, że nie zawsze tak mogę się czuć... szkoda, że nie zawsze potrafię wykrzesać z siebie uśmiech i energię... szkoda, że czasami się nad sobą rozczulam i wkurzam bez powodu chociaż dzień zapowiadał się taki piękny... a na wieczór gdy wracam do domu i robi się ciemno dopadają mnie złe myśli... moje demony powtarzające mi, że to i tak się nie uda... nakręcam się czasami do tego stopnia, że denerwuje mnie że M do mnie dzwoni bo ja mam dość życia przez telefon... dość słuchania, że on idzie gdzieś ze znajomymi i spędza fajnie czas beze mnie... czasami sobie z tym radzę, czasami nie... dziś nie za bardzo, chociaż naprawdę zapowiadało się, że to będzie piękny dzień...

18:18, duszyszept
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29